Archipelag

Niemcy w Bielsku-Białej

Historia wielu miejscowości na Górnym Śląsku, zarówno małych wiosek, jak i prężnie rozwijających się miast, często rozpoczyna się mniej więcej w tym samym czasie, a więc pomiędzy połową XIII a połową XIV wieku. Był to okres w dziejach regionu niezwykle ważny. Z pubktu historii politycznej, były to czasy największego rozbicia dzielnicowego, tworzenia się wielu malutkich księstw, których obszar bywał mniejszy niż obszar współczesnych powiatów. Ich władcy, choć wszyscy legitymowali się świetną przeszłością królewskiego domu Piastów, w większości posiadali jednak bardzo ograniczone możliwości sprawowania władzy i z tego powodu w większości stawali się zależni – czy to od królów czeskich, czy polskich, czy po prostu nieco silniejszych, lecz również podległych już komuś sąsiadów. Paradoksalnie jednak, to właśnie w tym okresie politycznego zamieszania przypadł szczytowy moment w rozwoju kolonizacji. Można nie bez przesady stwierdzić, że co czwarta istniejąca na Górnym Śląsku miejscowość powstała lub została relokowana właśnie w omawianym okresie, a ilość powstających wówczas wsi, osad i kolonii była większa nawet niż w najbardziej dynamicznych czasach rozwoju przemysłu i powstawania nowych kolonii robotniczych.

Wiele z powstałych wówczas miejscowości zamieszkiwana była przez osoby przybywające z zachodu. W większości byli to „Niemcy”, a dokładnie mieszkańcy licznych księstw i państewek, często przeludnionych, ale nie tylko – wśród kolonistów byli również mieszkańcy z obszarów obecnego Beneluxu czy nawet wschodniej Francji. Oprócz nich pojawiali się także mieszkańcy Czech i Dolnego Śląska, w większości też niemieckojęzyczny – w tej grupie bowiem przeważali potomkowie kolonistów z najwcześniej założonych osad, którzy wędrując dalej na wschód szukali nowego miejsca dla siebie. Ze względu na pochodzenie kolonistów, zjawisko to określa się w polskiej historiografii mianem „kolonizacji niemieckiej” lub „zachodniej”. W literaturze niemieckiej zaś najczęściej używanym zwrotem jest „Ostsiedlung”.

Różne były dzieje wsi zakładanych przez kolonistów, jak i potomków tychże kolonistów. Czasami po kilku wiekach kontaktów z sąsiadami ulegały one swoistej slawizacji, zatracając zarówno język, jak i zwyczaje. Wiele jednak wsi zachowało swą odrębność, najczęściej dzięki zachowaniu pewnej izolacji od sąsiadów (jak w przypadku opisanego wcześniej Schoenwald/Bojkowa), a czasami korzystając z faktu, że w niedalekiej odległości istniały podobne wsie, umożliwiające wspólne podtrzymywanie języka i tradycji. Zjawisko to określa się mianem wysp językowych, co jest kalką językową z niemieckiego i stosowanego w tamtejszej literaturze określenia „Sprachinsel”.

Jednym z najwybitniejszych, a na pewno najbardziej oddanych zagadnienio „Ostsiedlung” i „Sprachinseln” badaczy był Walter Kuhn. Spod jego pióra wyszła ponad setka artykułów, monografii i prac zwartych w większości poświęconych właśnie kształtowaniu się, dziejom i dziedzictwu niemieckich wysp językowych na Śląsku, ale także w innych obszarach wschodniej Europy. I choć część spostrzeżeń Kuhna bywała tematem długotrwałych polemik i krytycznych recenzji, to jednak obiektywnie trzeba przyznać, że dorobek tego badacza zasługuje na ogromny szacunek, a wiele jego opracowań stanowi do dnia dzisiejszego podstawową literaturę w odniesieniu do czasów kolonizacji i losów żyjących na Górnym Śląsku potomków przybyłych z zachodu kolonistów.

Dzięki badaniom Waltera Kuhna wiemy obecnie o wiele więcej na temat osadnictwa zachodniego na Górnym Śląsku i dalszych losów kolonistów. Jest to jednak tylko jeden z powodów, by we wstępie do tego tekstu wspomnieć tego wybitnego niemieckiego badacza. Drugim z powodów jest fakt, że sam Kuhn pochodził z obszaru, który określić możemy jako jedną z największych i najbardziej interesujących wysp ludności niemieckiej. I – paradoksalnie – jest to chyba najmniej znany spośród wszystkich tego typu obszarów na całym Górnym Śląsku.

Dzieje ludności niemieckiej żyjącej przez wiele wieków w Bielsku i okolicach to dzieje niełatwe, pełne nieznanych, często niezwykle dramatycznych, a obecnie niemal całkowicie zapomnianych momentów. W wielu opracowaniach historii Bielska wydanych w XX wieku wątek niemieckiego dziedzictwa miasta został niemal całkowicie pominięty. To trochę tak jak z życiorysem bielszczanina Waltera Kuhna, który przez pryzmat nie tylko zainteresowań badawczych, ale też kilku faktów ze swego życiorysu (referaty podkreślające wyższy poziom cywilizacyjny kolonistów od słowiańskich autochtonów, członkostwo w NSDAP) również uznawany bywa jeszcze dziś za badacza godnego jedynie przemilczenia. Nie na tym jednak polega opowiadanie o historii.

Mieszkańcy ziemi niczyjej

Obszar, jaki obecnie zajmuje miasto Bielsko-Biała, to niezwykle urokliwy zakątek Górnego Śląska. Głębokie doliny ciągnącę się pomiędzy mniejszymi i większymi wzniesieniami przedgórza beskidzkiego (często określanego ukutym dość niedawno określeniem Podbeskidzie), zasobne w wodę i nadające się do uprawy gleby, stanowiły może nie idealne, ale na pewno przyjemne miejsce do życia. Owszem, kapryśna górska pogoda, częstsze niż gdzie indziej wiosenne powodzie i wzbierające przy każdym większym deszczy rzeczki wymagały hartu ducha, a także sporej wiedzy na temat prowadzenia upraw i gospodarowania. Ziemia jednak potrafiła się odwdzięczyć.

We wczesnym średniowieczu, w czasach plemiennych i wkrótce po nich, obszar ten stanowił pustkę osadniczą. Jej istnienie wynikało nie tyle z braku chętnych do zamieszkania, lecz z roli, jaką ziemie te odgrywały.

Pomiędzy ziemiami zamieszkiwanymi przez poszczególne plemiona czy wczesnośredniowieczne państwa wytyczone były szerokie obszary gęsto zalesionych kniei, pełniące rolę naturalnych granic. Były trudne do przebycia i dobrze spełniały rolę naturalnej bariery. Aby ich forsowanie było jeszcze trudniejsze, dbano o ich gęstość, karczując część starych drzewostanów i tworząc gęste młodniki. Wszelkie osadnictwo na takim terenie było nielegalne.

Jedną z najlepiej poznanych rubieży granicznych, której niewielkie skrawki występują jeszcze dziś, była zielona granica oddzielająca plemiona śląskie (Opolan i Gołęszycan) od plemienia Wiślan. W całości porośnięta była gęstą puszczą ciągnącą się od okolic obecnych Tarnowskich gór przez lasy rybnickie, pszczyńskie, aż po rzekę Białą.

Wraz z upływem lat i postępującym scalaniem ziem polskich, rola leśnych limesów zatracała się. Szczególnie było to widoczne na Górnym Śląsku, po tym, jak książę raciborski Mieszko Laskonogi (zwany dawniej Plątonogim) przyłączył do swego księstwa obszar kasztelanii bytomskiej i oświęcimskiej, stanowiący zachodnie skrawki Małopolski. Władając od tej pory ziemiami po obu stronach dawnej granicy, trudna do przebycia i pozbawiona mieszkańców przestrzeń stała się przeszkodą dla dalszego rozwoju księstwa raciborskiego. Z inicjatywy księcia pod koniec XII wieku rozpoczął się proces zagospodarowywania leśnych nieużytków i tworzenia nowych wsi, który w czasie panowania Władysława opolskiego (wnuka Mieszka) przybrał rozmiary wręcz masowej kolonizacji, przesuwając się również na południe i obejmując swym zasięgiem ziemie pomiędzy Cieszynem i Oświęcimiem.

Na przełomie XIII i XIV stulecia akcja lokacyjna objęła niemal całe księstwo cieszyńskie. Szacuje się, że powstało wówczas około 70 nowych wsi. Wówczas też, w dolinach pod Szyndzielnią i Kozią Górą zaczęli pojawiać się pierwsi osadnicy, rozcinając gęste lasy i tworząc pośród nich pierwsze pola uprawne. W przeciwieństwie do niżej położonych, a przez to łatwiejszych do zagospodarowania terenów, kolonizacja przedgórza prowadzona była w większości przez rolników pochodzących z Frankonii, a więc krainy o podobnym, górzystym charakterze. W ciągu kilkunastu lat ich działalność doprowadziła do utworzenia szeregu rolniczych osad rozrzuconych w okolicach grodu w Starym Bielsku, będącym do tego czasu jedyną stałą osadą na tym terenie.

Źródła historyczne nie podają bezpośrednich dowodów wskazujących na to, skąd pochodzili mieszkańcy nowopowstających wsi. Podają natomiast sporo dowodów wskazujących na fakt, że nie byli to autochtoni. Najważniejszymi śladami są nazwy miejscowe, spośród których wiele zostało utworzonych od niemieckich imion właścicieli bądź zasadźców, jak chociażby Nickelstorff (Mikuszowice), Rudgeri villa (Rudzica), Cuncendorf (Kończyce) czy Bertoltovitz i Muthindorf (obecnie połączone razem jako Komorowice). Również występujące w dokumentach imiona miejscowych plebanów, takie jak Henricus w Starej Wsi, Willielmus w Pisarzowicach, Rudgerus w Dankowicach czy Theodoricus w Bestwinie wskazują na ich niemieckie pochodzenie.

Nie była to oczywiście reguła – zarówno tu, jak i na innych obszarach Śląska, nawet całkowicie niemieckie pod względem językowym osady miewały słowiańsko brzmiące nazwy, często będące nazwami zwyczajowymi danego obszaru (lasu, zagajnika, rzeczki) używanymi jeszcze przed kolonizacją. Najlepszym przykładem takie wyjątku potwierdzającego regułę jest tu założona przez kolonistów wieś Bielsko, która wkrótce potem uzyskała prawa miejskie i funkcjonowała odtąd pod wtórnie zniemczoną nazwą Bielitz.

Żyjąc „u siebie”

Społeczność osadników z Zachodu stała się bardzo ważnym składnikiem społeczeństwa istniejących na tych terenach księstw, cieszyńskiego i oświęcimskiego. Pomiędzy Wisłą i Sołą ludność niemieckojęzyczna stanowiła znaczny procent mieszkańców, a niektórzy badacze uważali wręcz, że liczbowo górowali nad ludnością słowiańską. Świadczyć o tym może chociażby fakt, że od 1331 roku w dokumentach pochodzących z kancelarii książąt cieszyńskich dotyczących miast i wsi, język łaciński zaczął być stopniowo zastępowany językiem niemieckim. Dochodziło wówczas również do zniemczenia części nazw miejscowych lub tworzenia dwóch, równolegle funkcjonujących nazw. Na przełomie XIV i XV wieku niemiecki był już językiem niemal powszechnie używanym wśród mieszczan obu księstw.

XV stulecie to okres, który można by uznać drugą fazą osadnictwa niemieckiego. Naukowcy po dziś dzień spierają się, co sprawiło, że gdy na całym Górnym Śląsku akcja kolonizacyjna niemal zamarła, to nad Białą i Łękawką pojawiły się licznie nowe grupy osadników. Być może było to spowodowane ucieczkami przed operującymi na Górnym Śląsku wojskami husyckimi czy też bandami raubritterów, które w tym okresie niemal przejęły władzę we wschodnich częściach ziemi oświęcimskiej. Faktem jednak pozostaje, że ludność niemieckojęzyczna zamieszkiwała teraz już niemal w każdej wsi w okolicy kilkunastu kilometrów od Bielska.

Obszar bielskiej wyspy językowej nie był określony żadnymi granicami, tworzył się samorzutnie. Dopiero w 1572 roku książę cieszyński Adam Wacław wydzielił Karlowi Promnitzowi bielskie państwo stanowe, którego obszar w większości pokrywał się z obszarem, w którym Niemcy stanowili znaczną część ludności. Część wsi co prawda nadal zamieszkiwana była też przez ludność polskojęzyczną, lecz to niemiecki stawał się językiem dominującym na obszarze wytworzonej w ten sposób enklawy.

Dominacja ta nie zawsze wynikała tylko i wyłącznie z liczebności, ale po części z zasobności. Okres końca XV i niemal całego XVI wieku to bowiem czasy prosperity Bielska, swoisty złoty wiek. Po inkorporacji księstw oświęcimskiego i zatorskiego do Korony, Bielsko stało się dość niespodziewanie miastem granicznym, co pozytywnie wpłynęło na czerpane przez mieszczan dochody. Rozwijały się karczmy i browary, kwitł handel, a w sposób szczególny rozwijać zaczęły się zakłady tkackie i sukiennicze, które wkrótce stały się swoistym symbolem miasta i całego regionu. Wszystko to wpływało na bogacenie się niemieckiego mieszczaństwa i znaczący wzrost jego znaczenia, kosztem coraz bardziej marginalizowanej mniejszości polskiej. Świadczą o tym chociażby zachowane fragmenty statutu tutejszego cechu sukienników, wedle których „Nikt, kto nie jest pochodzenia niemieckiego i nie mówi po niemiecku, nie może zostać mistrzem cechu”.

Wspomniany okres prosperity przypadł na burzliwe czasy reformacji i następujących po niej działań kontrreformacyjnych na Śląsku. A ponieważ na terenie całego księstwa cieszyńskiego myśli Marcina Lutra spotkały się z wielkim entuzjazmem i niemal powszechnym przyjęciem, niezależnie od języka czy statusu społecznego, prowadzone tu działania mające na celu zahamowanie ilości protestantów w latach późniejszych określić można mianem wyjątkowo ożywionych.

Bielska gmina protestancka uważana była za najsilniejszą na całym Śląsku Cieszyńskim. Gdy w 1582 roku nowym właścicielem bielskiego państwa stanowego został Adam Schaffgotsch, który nie popierał protestantów w sposób tak otwarty i gorliwy jak Karol Promnitz, bielscy luteranie wymogli wystawienie w 1587 roku przywileju gwarantującego, że w mieście będą odbywać się wyłącznie luterańskie nabożeństwa. Wobec zdecydowanego oporu mieszczan, biskupi krakowscy ograniczyli działania kontrreformacyjne głównie do sąsiadujących z Bielskiem wiejskich parafii, widząc szansę głównie w pozyskaniu ludności polskiej. Działania te, choć na wschód od Białej przyniosły pewne rezultaty i kościołowi udało się odzyskać władzę nad obsadą księży w kościołach, doprowadziły jednak do pewnej konsolidacji mieszczan i ludności wiejskiej. Odbywające się przez cały niemal XVII wiek nielegalne nabożeństwa protestanckie, w większości prowadzone przez pastorów z Bielska, doprowadziły do jeszcze ściślejszego zawiązania więzów i dalszego wyodrębnienia ponadgranicznego bielskiej enklawy, która od tej pory oparta była nie tylko na wspólnocie języka i pochodzenia, ale również na wspólnocie religijnej.

Do miasta przybywało również wielu uciekinierów szukających azylu przed prześladowaniami religijnymi. Sporą grupę stanowili niemieccy luteranie z Polski, którzy prześladowani byli i rugowani przez nieprzychylnych protestantom właścicieli ziemskich. Aby zapewnić uciekinierom możliwość pobytu i rozwoju, jeszcze pod koniec XVII wieku na przeciwległym brzegu rzeki Białej, a więc w granicach Rzeczpospolitej, założono osadę tkacką o nazwie Biała. Z zaledwie 13 domów osada szybko się rozrosła, stając się czymś w rodzaju dzielnicy tkackiej, zaopatrującej bielskich kupców w surowce i gotowe wyroby. Już w 1723 roku uzyskała ona prawa miejskie, lecz zachowała swój wytwórczy charakter, będąc czymś w rodzaju kopii macierzystego miasta, niemieckim przysiółkiem w granicach Rzeczpospolitej. Bielsko zaś stało się jednym z ważniejszych miast na Śląsku, czego dowodem było podniesienie rangi bielskiego państwa stanowego i utworzenie księstwa.

Wiedeń – Manchester – Berlin

W 1772 roku doszło do I rozbioru Polski, w którego efekcie ziemie powiatów śląskich, czyli dawnych księstw oświęcimskiego i zatorskiego, wraz z resztą ziem tzw. Galicji, włączono do Monarchii Habsburgów. Bielsko i Biała przestały wówczas być miastami granicznymi, a rzeka Biała miała od tego czasu jedynie charakter granicy wewnętrznej. Wydarzenie to, choć zaskakujące, stało się ogromnym impulsem do rozwoju tego regionu.

Brak granicy celnej pozwolił na bliższą współpracę obu miast, które coraz bardziej przypominało jeden organizm. W 1806 roku w obu miastach działało już osiem napędzanych maszynowo przędzalni, a także kilkanaście mniejszych manufaktur i zakładów przemysłu włókniarskiego. Miasta stały się symbolem rewolucji przemysłowej na ziemiach śląskich będących pod władzą Habsburgów i swoistą odpowiedzią na industrializację pruskiego górnośląskiego okręgu przemysłowego. Ten niepowtarzalny dwumiejski organizm imponował nie tylko poziomem uprzemysłowienia i ilością zakładów, ale też dynamiką rozwoju. Jego obszar w ciągu zaledwie kilku lat uległ podwojeniu, na gruntach sąsiednich wsi powstawały kolejne osady zamieszkane przez zatrudnionych w fabrykach robotników, a nad Białą przybywali kolejni bogaci inwestorzy, zarówno z obszaru całego państwa habsburskiego, jak i spoza jego granic. Gdy w połowie XIX wieku do miasta dotarła kolej, będąca swoistym podkreśleniem wielkomiejskiego już charakteru Bielska i Białej, miasto w niczym nie przypominało już dawnych, nadgranicznych osad. Ze względu na bogatą architekturę i wielkomiejski klimat, nazywano Małym Wiedniem lub Śląskim Wiedniem, ze względu na rozwinięty przemysł zaś mówiono o Małym Manchesterze. Skojarzenia z Reymontowską Ziemią Obiecaną nasuwają się same.

Dynamiczny rozwój obu miast paradoksalnie sprawił jednak, że wraz z rozwojem zaczęły one tracić to, co jeszcze kilka dekad wcześniej było ich absolutnym wyróżnikiem, a mianowicie jednolity językowo i religijnie charakter. Wraz z nowymi miejscami pracy nad Białą zaczęły bowiem pojawiać się coraz to nowsze „ręce do pracy”. Im więcej ich potrzebowano, tym z dalsza przybywały. W 1890 odsetek mieszkańców Bielska z prawem pobytu, a więc tu urodzonych, spadł do zaledwie 31,6%. Miejscowi właściciele, tak jak w XVI wieku, ponownie postanowili bronić swej pozycji. Tym razem trzeba było wymyślić coś innego niż ograniczenia w zapisach cechowych statutów.

Zarówno przedsiębiorcy, jak i władze miejskie, starały się za wszelką cenę ograniczać osiedlanie się w granicach miasta przybywających z całej już niemal Galicji robotników. Ponadto starano się stworzyć pewnego rodzaju zachęty do zamieszkania i podjęcia pracy przez ludność niemiecką z obszaru dawnego księstwa cieszyńskiego czy też pozostałej przy Austrii części księstw opawskiego i karniowskiego. Sprowadzano także Żydów, którzy chętnie się asymilowali. W przypadku ludności polskojęzycznej prowadzono zaś różnego rodzaju akcje germanizacyjne, praktycznie niespotykane nigdzie indziej, zwłaszcza w cieszącej się autonomią Galicji. Z tego powodu miasto otrzymało jeszcze jeden przydomek i zamiast zwać je małym Wiedniem czy małym Manchesterem, ze względu na wszechobecną germanofilię i podkreślanie niemieckości na każdym kroku nazywano je małym Berlinem. Dzięki tym restrykcyjnym działaniom udało się utrzymać przewagę języka niemieckiego – deklaracje językowe w spisach z lat 1880 do 1910 nadal wskazywały, że prawie 80% ludności Bielska posługuje się językiem niemieckim. Można jednak przypuszczać, że ze względu na faworyzowanie tego języka część osób bała się przyznać do posługiwania się językiem innym niż niemiecki. Czy było to faktycznie 80% czy może 70%, faktem jednak pozostaje, że z roku na rok „czysto” niemiecki charakter miasta ulegał zmianie.

Nieco inaczej sprawa wyglądała w Białej, nazywanej wówczas „Białą Krakowską”. Miasto to było zdecydowanie młodsze, a przez to i mniej okrzepnięcie, co powodowało, że niemiecka tradycja i kultura nie były tu aż tak silne, jak po drugiej stronie rzeki. Inna sprawa, że jako część Galicji, Biała podlegała innym przepisom niż leżące w granicach Śląska Austriackiego Bielsko. Z tego powodu odsetek Polaków był w Białej dużo wyższy, a pod koniec XIX wieku jedynie 1/3 mieszkańców deklarowała język niemiecki jako ojczysty. Dodatkowo, do miasta coraz częściej zaczęli przybywać górale, potomkowie wołoskich pasterzy zamieszkujący wyższe partie Beskidu Żywieckiego, którzy przybywając tu za chlebem mocno wzbogacali bialską mieszankę etniczną. Mieszankę, w której Niemcy po raz pierwszy od powstania miasta stanowili mniejszość.

Dynamicznie zmniejszający się udział ludności niemieckiej w Białej przy stale rosnącej łącznej liczbie ludności sprawiał, że również tutaj władze starały się o umocnienie pozycji ludności niemieckiej. Dwukrotnie, w 1879 i 1916, wystosowano petycje w sprawie przyłączenia Białej i sąsiednich wsi do Śląska, ponawiane w okresie I wojny światowej. Władze centralne jednak nie zdecydowały się na ten krok.

Duma i uprzedzenie

Na początku XX wieku podział pomiędzy Niemcami a Polakami zaczął być nie tylko kwestią ilościową, ale też polityczną. Polskie organizacje patriotyczne, działające niemal bez skrępowania w Galicji, coraz częściej pojawiały się również na Śląsku – zarówno austriackim, jak i pruskim. Czy to były towarzystwa krajoznawcze, teatralne, czy gimnastyczne (słynne „Sokoły”), wszystkie jednak w swej działalności „przemycały” wyraźne idee narodowowyzwoleńcze, które – zwłaszcza tam, gdzie Polacy stanowili szykanowaną mniejszość – trafiały na nader podatny grunt. Nie były to organizacje nacjonalistyczne, lecz krzewiony przez nie patriotyzm w połączeniu z dyskryminacją Polaków często w nacjonalizm ewoluował. A tam, gdzie spotykają się dwa nacjonalizmy, czasami nie potrzeba nawet ognia, by beczka prochu wybuchła.

W czerwcu 1914 bielski oddział „Sokoła” obchodził dziesięciolecie istnienia, a polscy działacze (nie tylko gimnastycy, ale przedstawiciele wielu innych polskich organizacji z całego Śląska Cieszyńskiego, Galicji, a nawet niemieckiego Górnego Śląska) planowali huczne obchody. Działania te w oczywisty sposób były kontrą wobec nacjonalistycznych postaw decydującej o losach miasta niemieckiej większości. I w równie oczywisty sposób prowadziły one do niechybnej konfrontacji.

28 czerwca do Bielska zaczął przyjeżdżać delegacje polskich organizacji zaproszonych na uroczystości organizowane przez „Sokołów”. Już na dworcu zostały one zablokowane zarówno przez miejscową policję, jak i grupy niemieckiej młodzieży. By nie doprowadzić do bitwy na dworcu, pociągi skierowano na dworce w Białej. Decyzja ta, choć uspokoiła sytuację, doprowadziłą do tego, że po jednej stronie rzeki zgromadzili się agresywnie nastawieni Niemcy, starający się nie wpuścić do miasta Polaków, zaś po drugiej stronie doszło do koncentracji Polaków, niezdrowo podnieconych wydarzeniami w Bielsku i tym bardziej zdecydowanymi do zaakcentowania swojej obecności w Bielsku. Sytuacja patowa, a rozgrzane głowy po obu stronach z niecierpliwością oczekiwały na to, co się wydarzy.

Gdy czterech polskich delegatów przekroczyło most na Białej, zostali – mimo policyjnego kordonu – zaatakowani przez miejscowych. W tej chwili wielu gimnastyków i innej maści działaczy ruszyło na drugi brzeg, doprowadzając do masowej bijatyki, zakończonej ponad setką rannych po obu stronach. Jednym z uczestników tej bijatyki był młodziutki, ledwie jedenastoletni Walter Kuhn. Nie wiadomo, czy wydarzenia te ukształtowały jego zainteresowania badawcze, czy też były one podyktowane szerzej rozumianą tożsamością „Niemca wschodniego”. Sama jego obecność jest jednak pewnym symbolem nie tyle czasów, co wyborów, przed którymi miejscowi Niemcy stanęli w 1914 roku, a następnie jeszcze wielokrotnie w latach następnych. Raz obudzony konflikt pomiędzy sąsiadami jest bowiem niczym podziemny pożar pokładów węgla, tli się przez kilkanaście dekad, by raz na jakiś czas wybuchać niespodziewanie.

Wydarzenia te, choć przywoływane dziś mogą budzić u czytelników pewne rozbawienie, były traktowane wówczas śmiertelnie poważnie, a bitwa nad rzeką Białą miała siłę huraganu, który w jednej chwili zniszczył wielowiekowy układ sił pomiędzy bielsko-bialskimi Niemcami a Polakami. Dotychczasowe współistnienie, choć niesprawiedliwe i oparte na dominacji jednych nad drugimi, zastąpiła ostra polaryzacja i obustronna chęć przeważenia szali na swoją korzyść. Kto wie, czy gdyby nie wybuch I wojny światowej, czy nie doszłoby do kolejnych podobnych incydentów. Czteroletni okres krwawej wojny był jednak czymś w rodzaju wymuszonego rozejmu.

Konflikt pomiędzy zamieszkującymi te tereny Niemcami i Polakami wybuchł ze zdwojoną siłą wraz z końcem Wielkiej Wojny. Pokonana militarnie, ale przede wszystkim rozbita decyzjami zwycięzców Austria przestała panować nad obszarami Śląska i Galicji, a podejmowane próby tworzenia tymczasowych władz administracyjnych zostały zniweczone przez nagły konflikt polsko-czechosłowacki, w trakcie którego obie strony rościły prawa do ziem Śląska Cieszyńskiego. Miejscowi Niemcy stanęli przed niełatwym wyborem. W 1920 roku rada miasta Bielsko postanowiła złożyć ślubowanie wierności Rzeczypospolitej, w zamian za poszanowanie autonomii i uznanie języka i praw ludności niemieckiej.

Ustabilizowanie się nowej, polsko-czeskiej granicy na Olzie sprawiło, że cały obszar dawnych ziem bielskich zamieszkiwanych przez Niemców znalazł się w granicach II Rzeczypospolitej. Niemcy nadal stanowili większość, ale zdawać musieli sobie sprawę z faktu, że już wkrótce może sytuacja ta może ulec zmianie i nowe władze również zaczną prowadzić protekcjonistyczną politykę, inny będzie tylko obiekt represji.

Podejmowana przez polskie władze polityka polonizacji przyniosła pierwotnie skutek odwrotny od zamierzonego, a silne związki mieszkańców z językiem niemieckim i utożsamianie się z niemiecką kulturą rosły. Co prawda w okolicznych wsiach stosunki narodowościowe powoli przeważały na korzyść Polaków, zwłaszcza na skutek nowej fali kolonizacji i przemieszczania się Górali (w tym także osiedlanych tu Górali podhalańskich), tak jednak w samym mieście żywioł niemiecki dbał o swój stan posiadania. Dla przykładu, polskie nazewnictwo ulic wprowadzono tam dopiero w roku 1929 po długim procesie z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych. Nic więc dziwnego, że głoszące ideę wielkich i silnych Niemiec ruchy nazistowskie cieszyły się dużą popularnością, a kiedy w 1939 roku napięcie pomiędzy Polką a Niemcami sięgało zenitu, bielscy Niemcy czuli w konflikcie swoją szansę. Tak jak w 1914, tak i w 1939 roku nacjonalizmy i chęć rewanżu przesłoniły wszystko dookoła. Nic dziwnego, że Wehrmacht witany był w Bielski kwiatami.

Klęska III Rzeszy i ponowne zajęcie tych obszarów przez Polskę zwiastowały rychły koniec niemieckiej wspólnoty okolic Bielska i Białej. Miejscowi Polacy nie mieli zamiaru zapomnieć o wyraźnie antypolskim charakterze tutejszej ludności niemieckojęzycznej, a chaos spowodowany przejściem frontu wyraźnie wskazywał, że tym razem, inaczej niż po I wojnie światowej, decyzje będą arbitralne, a cięcia drastyczne. Nie było czasu na hołdy, na pertraktacje. Ledwo wystarczyło czasu na spakowanie walizek.

Część niemieckojęzycznych mieszkańców Bielska i Białej opuściło swe domy jeszcze zimą 1944. Byli to głównie aktywni politycznie zwolennicy nazistów i członkowie NSDAP, którzy wiedzieli, jaki czekać ich będzie los po przejęciu miasta przez sowieckie, a następnie i polskie władze.

Ci którzy pozostali, często pozostawieni byli bez wyboru. Dużą część niemieckich mieszkańców w pierwszych dniach po tak zwanym wyzwoleniu uznano za zdrajców i z całą wymierzoną wobec zdrajców pasją zaczęto traktować. Wielu mieszkańców, w tym kobiety i dzieci, skierowano do byłego nazistowskiego obozu w Oświęcimiu, gdzie zmuszani do pracy przy odbudowie miasta i zakładów chemicznych spędzili czasem i po kilka lat. Wiele rodzin zostało wówczas rozdzielonych i gdy w 48, 49 i 50 roku wracali do Bielska, zastali miasto całkowicie inne, a przede wszystkim już bez swych krewnych, przyjaciół, sąsiadów. Ci bowiem przez cały rok 1945 i 1946 stopniowo byli wywożeni na Zachód. Większość z nich skierowano do częściowo wyludnionych niemieckich miast w alianckich strefach okupacyjnych, w tym do Hanoweru czy Oldenburga. W ich miejsce pojawiali się zarówno przesiedleńcy z tzw. Kresów Wschodnich, jak i mieszkańcy Beskidów i Bieszczad, którzy uciekając przed operującymi na tym terenie grupami ukraińskimi jeszcze pod koniec wojny tułali się wędrując od wsi do wsi Beskidu Żywieckiego, byle uciec najdalej na zachód.

Niewielka część niemieckich mieszkańców pozostała w mieście, zwłaszcza zaś w Białej, która jako miejscowość dawnego województwa krakowskiego nie podlegała tak masowym wywózkom jak obszar Śląska. Zasymilowani z konieczności do dziś stanowią oni pewną część tego niegdyś wyjątkowego pod względem etnicznym regionu na śląsko-małopolskim pograniczu.

Niemcy w Bielsku-Białej

Historia wielu miejscowości na Górnym Śląsku, zarówno małych wiosek, jak i prężnie rozwijających się miast, często rozpoczyna się mniej więcej w tym samym czasie, a więc pomiędzy połową XIII a połową XIV wieku. Był to okres w dziejach regionu niezwykle ważny. Z pubktu historii politycznej, były to czasy największego rozbicia dzielnicowego, tworzenia się wielu malutkich księstw, których obszar bywał mniejszy niż obszar współczesnych powiatów. Ich władcy, choć wszyscy legitymowali się świetną przeszłością królewskiego domu Piastów, w większości posiadali jednak bardzo ograniczone możliwości sprawowania władzy i z tego powodu w większości stawali się zależni – czy to od królów czeskich, czy polskich, czy po prostu nieco silniejszych, lecz również podległych już komuś sąsiadów. Paradoksalnie jednak, to właśnie w tym okresie politycznego zamieszania przypadł szczytowy moment w rozwoju kolonizacji. Można nie bez przesady stwierdzić, że co czwarta istniejąca na Górnym Śląsku miejscowość powstała lub została relokowana właśnie w omawianym okresie, a ilość powstających wówczas wsi, osad i kolonii była większa nawet niż w najbardziej dynamicznych czasach rozwoju przemysłu i powstawania nowych kolonii robotniczych.

Wiele z powstałych wówczas miejscowości zamieszkiwana była przez osoby przybywające z zachodu. W większości byli to „Niemcy”, a dokładnie mieszkańcy licznych księstw i państewek, często przeludnionych, ale nie tylko – wśród kolonistów byli również mieszkańcy z obszarów obecnego Beneluxu czy nawet wschodniej Francji. Oprócz nich pojawiali się także mieszkańcy Czech i Dolnego Śląska, w większości też niemieckojęzyczny – w tej grupie bowiem przeważali potomkowie kolonistów z najwcześniej założonych osad, którzy wędrując dalej na wschód szukali nowego miejsca dla siebie. Ze względu na pochodzenie kolonistów, zjawisko to określa się w polskiej historiografii mianem „kolonizacji niemieckiej” lub „zachodniej”. W literaturze niemieckiej zaś najczęściej używanym zwrotem jest „Ostsiedlung”.

Różne były dzieje wsi zakładanych przez kolonistów, jak i potomków tychże kolonistów. Czasami po kilku wiekach kontaktów z sąsiadami ulegały one swoistej slawizacji, zatracając zarówno język, jak i zwyczaje. Wiele jednak wsi zachowało swą odrębność, najczęściej dzięki zachowaniu pewnej izolacji od sąsiadów (jak w przypadku opisanego wcześniej Schoenwald/Bojkowa), a czasami korzystając z faktu, że w niedalekiej odległości istniały podobne wsie, umożliwiające wspólne podtrzymywanie języka i tradycji. Zjawisko to określa się mianem wysp językowych, co jest kalką językową z niemieckiego i stosowanego w tamtejszej literaturze określenia „Sprachinsel”.

Jednym z najwybitniejszych, a na pewno najbardziej oddanych zagadnienio „Ostsiedlung” i „Sprachinseln” badaczy był Walter Kuhn. Spod jego pióra wyszła ponad setka artykułów, monografii i prac zwartych w większości poświęconych właśnie kształtowaniu się, dziejom i dziedzictwu niemieckich wysp językowych na Śląsku, ale także w innych obszarach wschodniej Europy. I choć część spostrzeżeń Kuhna bywała tematem długotrwałych polemik i krytycznych recenzji, to jednak obiektywnie trzeba przyznać, że dorobek tego badacza zasługuje na ogromny szacunek, a wiele jego opracowań stanowi do dnia dzisiejszego podstawową literaturę w odniesieniu do czasów kolonizacji i losów żyjących na Górnym Śląsku potomków przybyłych z zachodu kolonistów.

Dzięki badaniom Waltera Kuhna wiemy obecnie o wiele więcej na temat osadnictwa zachodniego na Górnym Śląsku i dalszych losów kolonistów. Jest to jednak tylko jeden z powodów, by we wstępie do tego tekstu wspomnieć tego wybitnego niemieckiego badacza. Drugim z powodów jest fakt, że sam Kuhn pochodził z obszaru, który określić możemy jako jedną z największych i najbardziej interesujących wysp ludności niemieckiej. I – paradoksalnie – jest to chyba najmniej znany spośród wszystkich tego typu obszarów na całym Górnym Śląsku.

Dzieje ludności niemieckiej żyjącej przez wiele wieków w Bielsku i okolicach to dzieje niełatwe, pełne nieznanych, często niezwykle dramatycznych, a obecnie niemal całkowicie zapomnianych momentów. W wielu opracowaniach historii Bielska wydanych w XX wieku wątek niemieckiego dziedzictwa miasta został niemal całkowicie pominięty. To trochę tak jak z życiorysem bielszczanina Waltera Kuhna, który przez pryzmat nie tylko zainteresowań badawczych, ale też kilku faktów ze swego życiorysu (referaty podkreślające wyższy poziom cywilizacyjny kolonistów od słowiańskich autochtonów, członkostwo w NSDAP) również uznawany bywa jeszcze dziś za badacza godnego jedynie przemilczenia. Nie na tym jednak polega opowiadanie o historii.

Mieszkańcy ziemi niczyjej

Obszar, jaki obecnie zajmuje miasto Bielsko-Biała, to niezwykle urokliwy zakątek Górnego Śląska. Głębokie doliny ciągnącę się pomiędzy mniejszymi i większymi wzniesieniami przedgórza beskidzkiego (często określanego ukutym dość niedawno określeniem Podbeskidzie), zasobne w wodę i nadające się do uprawy gleby, stanowiły może nie idealne, ale na pewno przyjemne miejsce do życia. Owszem, kapryśna górska pogoda, częstsze niż gdzie indziej wiosenne powodzie i wzbierające przy każdym większym deszczy rzeczki wymagały hartu ducha, a także sporej wiedzy na temat prowadzenia upraw i gospodarowania. Ziemia jednak potrafiła się odwdzięczyć.

We wczesnym średniowieczu, w czasach plemiennych i wkrótce po nich, obszar ten stanowił pustkę osadniczą. Jej istnienie wynikało nie tyle z braku chętnych do zamieszkania, lecz z roli, jaką ziemie te odgrywały.

Pomiędzy ziemiami zamieszkiwanymi przez poszczególne plemiona czy wczesnośredniowieczne państwa wytyczone były szerokie obszary gęsto zalesionych kniei, pełniące rolę naturalnych granic. Były trudne do przebycia i dobrze spełniały rolę naturalnej bariery. Aby ich forsowanie było jeszcze trudniejsze, dbano o ich gęstość, karczując część starych drzewostanów i tworząc gęste młodniki. Wszelkie osadnictwo na takim terenie było nielegalne.

Jedną z najlepiej poznanych rubieży granicznych, której niewielkie skrawki występują jeszcze dziś, była zielona granica oddzielająca plemiona śląskie (Opolan i Gołęszycan) od plemienia Wiślan. W całości porośnięta była gęstą puszczą ciągnącą się od okolic obecnych Tarnowskich gór przez lasy rybnickie, pszczyńskie, aż po rzekę Białą.

Wraz z upływem lat i postępującym scalaniem ziem polskich, rola leśnych limesów zatracała się. Szczególnie było to widoczne na Górnym Śląsku, po tym, jak książę raciborski Mieszko Laskonogi (zwany dawniej Plątonogim) przyłączył do swego księstwa obszar kasztelanii bytomskiej i oświęcimskiej, stanowiący zachodnie skrawki Małopolski. Władając od tej pory ziemiami po obu stronach dawnej granicy, trudna do przebycia i pozbawiona mieszkańców przestrzeń stała się przeszkodą dla dalszego rozwoju księstwa raciborskiego. Z inicjatywy księcia pod koniec XII wieku rozpoczął się proces zagospodarowywania leśnych nieużytków i tworzenia nowych wsi, który w czasie panowania Władysława opolskiego (wnuka Mieszka) przybrał rozmiary wręcz masowej kolonizacji, przesuwając się również na południe i obejmując swym zasięgiem ziemie pomiędzy Cieszynem i Oświęcimiem.

Na przełomie XIII i XIV stulecia akcja lokacyjna objęła niemal całe księstwo cieszyńskie. Szacuje się, że powstało wówczas około 70 nowych wsi. Wówczas też, w dolinach pod Szyndzielnią i Kozią Górą zaczęli pojawiać się pierwsi osadnicy, rozcinając gęste lasy i tworząc pośród nich pierwsze pola uprawne. W przeciwieństwie do niżej położonych, a przez to łatwiejszych do zagospodarowania terenów, kolonizacja przedgórza prowadzona była w większości przez rolników pochodzących z Frankonii, a więc krainy o podobnym, górzystym charakterze. W ciągu kilkunastu lat ich działalność doprowadziła do utworzenia szeregu rolniczych osad rozrzuconych w okolicach grodu w Starym Bielsku, będącym do tego czasu jedyną stałą osadą na tym terenie.

Źródła historyczne nie podają bezpośrednich dowodów wskazujących na to, skąd pochodzili mieszkańcy nowopowstających wsi. Podają natomiast sporo dowodów wskazujących na fakt, że nie byli to autochtoni. Najważniejszymi śladami są nazwy miejscowe, spośród których wiele zostało utworzonych od niemieckich imion właścicieli bądź zasadźców, jak chociażby Nickelstorff (Mikuszowice), Rudgeri villa (Rudzica), Cuncendorf (Kończyce) czy Bertoltovitz i Muthindorf (obecnie połączone razem jako Komorowice). Również występujące w dokumentach imiona miejscowych plebanów, takie jak Henricus w Starej Wsi, Willielmus w Pisarzowicach, Rudgerus w Dankowicach czy Theodoricus w Bestwinie wskazują na ich niemieckie pochodzenie.

Nie była to oczywiście reguła – zarówno tu, jak i na innych obszarach Śląska, nawet całkowicie niemieckie pod względem językowym osady miewały słowiańsko brzmiące nazwy, często będące nazwami zwyczajowymi danego obszaru (lasu, zagajnika, rzeczki) używanymi jeszcze przed kolonizacją. Najlepszym przykładem takie wyjątku potwierdzającego regułę jest tu założona przez kolonistów wieś Bielsko, która wkrótce potem uzyskała prawa miejskie i funkcjonowała odtąd pod wtórnie zniemczoną nazwą Bielitz.

Żyjąc „u siebie”

Społeczność osadników z Zachodu stała się bardzo ważnym składnikiem społeczeństwa istniejących na tych terenach księstw, cieszyńskiego i oświęcimskiego. Pomiędzy Wisłą i Sołą ludność niemieckojęzyczna stanowiła znaczny procent mieszkańców, a niektórzy badacze uważali wręcz, że liczbowo górowali nad ludnością słowiańską. Świadczyć o tym może chociażby fakt, że od 1331 roku w dokumentach pochodzących z kancelarii książąt cieszyńskich dotyczących miast i wsi, język łaciński zaczął być stopniowo zastępowany językiem niemieckim. Dochodziło wówczas również do zniemczenia części nazw miejscowych lub tworzenia dwóch, równolegle funkcjonujących nazw. Na przełomie XIV i XV wieku niemiecki był już językiem niemal powszechnie używanym wśród mieszczan obu księstw.

XV stulecie to okres, który można by uznać drugą fazą osadnictwa niemieckiego. Naukowcy po dziś dzień spierają się, co sprawiło, że gdy na całym Górnym Śląsku akcja kolonizacyjna niemal zamarła, to nad Białą i Łękawką pojawiły się licznie nowe grupy osadników. Być może było to spowodowane ucieczkami przed operującymi na Górnym Śląsku wojskami husyckimi czy też bandami raubritterów, które w tym okresie niemal przejęły władzę we wschodnich częściach ziemi oświęcimskiej. Faktem jednak pozostaje, że ludność niemieckojęzyczna zamieszkiwała teraz już niemal w każdej wsi w okolicy kilkunastu kilometrów od Bielska.

Obszar bielskiej wyspy językowej nie był określony żadnymi granicami, tworzył się samorzutnie. Dopiero w 1572 roku książę cieszyński Adam Wacław wydzielił Karlowi Promnitzowi bielskie państwo stanowe, którego obszar w większości pokrywał się z obszarem, w którym Niemcy stanowili znaczną część ludności. Część wsi co prawda nadal zamieszkiwana była też przez ludność polskojęzyczną, lecz to niemiecki stawał się językiem dominującym na obszarze wytworzonej w ten sposób enklawy.

Dominacja ta nie zawsze wynikała tylko i wyłącznie z liczebności, ale po części z zasobności. Okres końca XV i niemal całego XVI wieku to bowiem czasy prosperity Bielska, swoisty złoty wiek. Po inkorporacji księstw oświęcimskiego i zatorskiego do Korony, Bielsko stało się dość niespodziewanie miastem granicznym, co pozytywnie wpłynęło na czerpane przez mieszczan dochody. Rozwijały się karczmy i browary, kwitł handel, a w sposób szczególny rozwijać zaczęły się zakłady tkackie i sukiennicze, które wkrótce stały się swoistym symbolem miasta i całego regionu. Wszystko to wpływało na bogacenie się niemieckiego mieszczaństwa i znaczący wzrost jego znaczenia, kosztem coraz bardziej marginalizowanej mniejszości polskiej. Świadczą o tym chociażby zachowane fragmenty statutu tutejszego cechu sukienników, wedle których „Nikt, kto nie jest pochodzenia niemieckiego i nie mówi po niemiecku, nie może zostać mistrzem cechu”.

Wspomniany okres prosperity przypadł na burzliwe czasy reformacji i następujących po niej działań kontrreformacyjnych na Śląsku. A ponieważ na terenie całego księstwa cieszyńskiego myśli Marcina Lutra spotkały się z wielkim entuzjazmem i niemal powszechnym przyjęciem, niezależnie od języka czy statusu społecznego, prowadzone tu działania mające na celu zahamowanie ilości protestantów w latach późniejszych określić można mianem wyjątkowo ożywionych.

Bielska gmina protestancka uważana była za najsilniejszą na całym Śląsku Cieszyńskim. Gdy w 1582 roku nowym właścicielem bielskiego państwa stanowego został Adam Schaffgotsch, który nie popierał protestantów w sposób tak otwarty i gorliwy jak Karol Promnitz, bielscy luteranie wymogli wystawienie w 1587 roku przywileju gwarantującego, że w mieście będą odbywać się wyłącznie luterańskie nabożeństwa. Wobec zdecydowanego oporu mieszczan, biskupi krakowscy ograniczyli działania kontrreformacyjne głównie do sąsiadujących z Bielskiem wiejskich parafii, widząc szansę głównie w pozyskaniu ludności polskiej. Działania te, choć na wschód od Białej przyniosły pewne rezultaty i kościołowi udało się odzyskać władzę nad obsadą księży w kościołach, doprowadziły jednak do pewnej konsolidacji mieszczan i ludności wiejskiej. Odbywające się przez cały niemal XVII wiek nielegalne nabożeństwa protestanckie, w większości prowadzone przez pastorów z Bielska, doprowadziły do jeszcze ściślejszego zawiązania więzów i dalszego wyodrębnienia ponadgranicznego bielskiej enklawy, która od tej pory oparta była nie tylko na wspólnocie języka i pochodzenia, ale również na wspólnocie religijnej.

Do miasta przybywało również wielu uciekinierów szukających azylu przed prześladowaniami religijnymi. Sporą grupę stanowili niemieccy luteranie z Polski, którzy prześladowani byli i rugowani przez nieprzychylnych protestantom właścicieli ziemskich. Aby zapewnić uciekinierom możliwość pobytu i rozwoju, jeszcze pod koniec XVII wieku na przeciwległym brzegu rzeki Białej, a więc w granicach Rzeczpospolitej, założono osadę tkacką o nazwie Biała. Z zaledwie 13 domów osada szybko się rozrosła, stając się czymś w rodzaju dzielnicy tkackiej, zaopatrującej bielskich kupców w surowce i gotowe wyroby. Już w 1723 roku uzyskała ona prawa miejskie, lecz zachowała swój wytwórczy charakter, będąc czymś w rodzaju kopii macierzystego miasta, niemieckim przysiółkiem w granicach Rzeczpospolitej. Bielsko zaś stało się jednym z ważniejszych miast na Śląsku, czego dowodem było podniesienie rangi bielskiego państwa stanowego i utworzenie księstwa.

Wiedeń – Manchester – Berlin

W 1772 roku doszło do I rozbioru Polski, w którego efekcie ziemie powiatów śląskich, czyli dawnych księstw oświęcimskiego i zatorskiego, wraz z resztą ziem tzw. Galicji, włączono do Monarchii Habsburgów. Bielsko i Biała przestały wówczas być miastami granicznymi, a rzeka Biała miała od tego czasu jedynie charakter granicy wewnętrznej. Wydarzenie to, choć zaskakujące, stało się ogromnym impulsem do rozwoju tego regionu.

Brak granicy celnej pozwolił na bliższą współpracę obu miast, które coraz bardziej przypominało jeden organizm. W 1806 roku w obu miastach działało już osiem napędzanych maszynowo przędzalni, a także kilkanaście mniejszych manufaktur i zakładów przemysłu włókniarskiego. Miasta stały się symbolem rewolucji przemysłowej na ziemiach śląskich będących pod władzą Habsburgów i swoistą odpowiedzią na industrializację pruskiego górnośląskiego okręgu przemysłowego. Ten niepowtarzalny dwumiejski organizm imponował nie tylko poziomem uprzemysłowienia i ilością zakładów, ale też dynamiką rozwoju. Jego obszar w ciągu zaledwie kilku lat uległ podwojeniu, na gruntach sąsiednich wsi powstawały kolejne osady zamieszkane przez zatrudnionych w fabrykach robotników, a nad Białą przybywali kolejni bogaci inwestorzy, zarówno z obszaru całego państwa habsburskiego, jak i spoza jego granic. Gdy w połowie XIX wieku do miasta dotarła kolej, będąca swoistym podkreśleniem wielkomiejskiego już charakteru Bielska i Białej, miasto w niczym nie przypominało już dawnych, nadgranicznych osad. Ze względu na bogatą architekturę i wielkomiejski klimat, nazywano Małym Wiedniem lub Śląskim Wiedniem, ze względu na rozwinięty przemysł zaś mówiono o Małym Manchesterze. Skojarzenia z Reymontowską Ziemią Obiecaną nasuwają się same.

Dynamiczny rozwój obu miast paradoksalnie sprawił jednak, że wraz z rozwojem zaczęły one tracić to, co jeszcze kilka dekad wcześniej było ich absolutnym wyróżnikiem, a mianowicie jednolity językowo i religijnie charakter. Wraz z nowymi miejscami pracy nad Białą zaczęły bowiem pojawiać się coraz to nowsze „ręce do pracy”. Im więcej ich potrzebowano, tym z dalsza przybywały. W 1890 odsetek mieszkańców Bielska z prawem pobytu, a więc tu urodzonych, spadł do zaledwie 31,6%. Miejscowi właściciele, tak jak w XVI wieku, ponownie postanowili bronić swej pozycji. Tym razem trzeba było wymyślić coś innego niż ograniczenia w zapisach cechowych statutów.

Zarówno przedsiębiorcy, jak i władze miejskie, starały się za wszelką cenę ograniczać osiedlanie się w granicach miasta przybywających z całej już niemal Galicji robotników. Ponadto starano się stworzyć pewnego rodzaju zachęty do zamieszkania i podjęcia pracy przez ludność niemiecką z obszaru dawnego księstwa cieszyńskiego czy też pozostałej przy Austrii części księstw opawskiego i karniowskiego. Sprowadzano także Żydów, którzy chętnie się asymilowali. W przypadku ludności polskojęzycznej prowadzono zaś różnego rodzaju akcje germanizacyjne, praktycznie niespotykane nigdzie indziej, zwłaszcza w cieszącej się autonomią Galicji. Z tego powodu miasto otrzymało jeszcze jeden przydomek i zamiast zwać je małym Wiedniem czy małym Manchesterem, ze względu na wszechobecną germanofilię i podkreślanie niemieckości na każdym kroku nazywano je małym Berlinem. Dzięki tym restrykcyjnym działaniom udało się utrzymać przewagę języka niemieckiego – deklaracje językowe w spisach z lat 1880 do 1910 nadal wskazywały, że prawie 80% ludności Bielska posługuje się językiem niemieckim. Można jednak przypuszczać, że ze względu na faworyzowanie tego języka część osób bała się przyznać do posługiwania się językiem innym niż niemiecki. Czy było to faktycznie 80% czy może 70%, faktem jednak pozostaje, że z roku na rok „czysto” niemiecki charakter miasta ulegał zmianie.

Nieco inaczej sprawa wyglądała w Białej, nazywanej wówczas „Białą Krakowską”. Miasto to było zdecydowanie młodsze, a przez to i mniej okrzepnięcie, co powodowało, że niemiecka tradycja i kultura nie były tu aż tak silne, jak po drugiej stronie rzeki. Inna sprawa, że jako część Galicji, Biała podlegała innym przepisom niż leżące w granicach Śląska Austriackiego Bielsko. Z tego powodu odsetek Polaków był w Białej dużo wyższy, a pod koniec XIX wieku jedynie 1/3 mieszkańców deklarowała język niemiecki jako ojczysty. Dodatkowo, do miasta coraz częściej zaczęli przybywać górale, potomkowie wołoskich pasterzy zamieszkujący wyższe partie Beskidu Żywieckiego, którzy przybywając tu za chlebem mocno wzbogacali bialską mieszankę etniczną. Mieszankę, w której Niemcy po raz pierwszy od powstania miasta stanowili mniejszość.

Dynamicznie zmniejszający się udział ludności niemieckiej w Białej przy stale rosnącej łącznej liczbie ludności sprawiał, że również tutaj władze starały się o umocnienie pozycji ludności niemieckiej. Dwukrotnie, w 1879 i 1916, wystosowano petycje w sprawie przyłączenia Białej i sąsiednich wsi do Śląska, ponawiane w okresie I wojny światowej. Władze centralne jednak nie zdecydowały się na ten krok.

Duma i uprzedzenie

Na początku XX wieku podział pomiędzy Niemcami a Polakami zaczął być nie tylko kwestią ilościową, ale też polityczną. Polskie organizacje patriotyczne, działające niemal bez skrępowania w Galicji, coraz częściej pojawiały się również na Śląsku – zarówno austriackim, jak i pruskim. Czy to były towarzystwa krajoznawcze, teatralne, czy gimnastyczne (słynne „Sokoły”), wszystkie jednak w swej działalności „przemycały” wyraźne idee narodowowyzwoleńcze, które – zwłaszcza tam, gdzie Polacy stanowili szykanowaną mniejszość – trafiały na nader podatny grunt. Nie były to organizacje nacjonalistyczne, lecz krzewiony przez nie patriotyzm w połączeniu z dyskryminacją Polaków często w nacjonalizm ewoluował. A tam, gdzie spotykają się dwa nacjonalizmy, czasami nie potrzeba nawet ognia, by beczka prochu wybuchła.

W czerwcu 1914 bielski oddział „Sokoła” obchodził dziesięciolecie istnienia, a polscy działacze (nie tylko gimnastycy, ale przedstawiciele wielu innych polskich organizacji z całego Śląska Cieszyńskiego, Galicji, a nawet niemieckiego Górnego Śląska) planowali huczne obchody. Działania te w oczywisty sposób były kontrą wobec nacjonalistycznych postaw decydującej o losach miasta niemieckiej większości. I w równie oczywisty sposób prowadziły one do niechybnej konfrontacji.

28 czerwca do Bielska zaczął przyjeżdżać delegacje polskich organizacji zaproszonych na uroczystości organizowane przez „Sokołów”. Już na dworcu zostały one zablokowane zarówno przez miejscową policję, jak i grupy niemieckiej młodzieży. By nie doprowadzić do bitwy na dworcu, pociągi skierowano na dworce w Białej. Decyzja ta, choć uspokoiła sytuację, doprowadziłą do tego, że po jednej stronie rzeki zgromadzili się agresywnie nastawieni Niemcy, starający się nie wpuścić do miasta Polaków, zaś po drugiej stronie doszło do koncentracji Polaków, niezdrowo podnieconych wydarzeniami w Bielsku i tym bardziej zdecydowanymi do zaakcentowania swojej obecności w Bielsku. Sytuacja patowa, a rozgrzane głowy po obu stronach z niecierpliwością oczekiwały na to, co się wydarzy.

Gdy czterech polskich delegatów przekroczyło most na Białej, zostali – mimo policyjnego kordonu – zaatakowani przez miejscowych. W tej chwili wielu gimnastyków i innej maści działaczy ruszyło na drugi brzeg, doprowadzając do masowej bijatyki, zakończonej ponad setką rannych po obu stronach. Jednym z uczestników tej bijatyki był młodziutki, ledwie jedenastoletni Walter Kuhn. Nie wiadomo, czy wydarzenia te ukształtowały jego zainteresowania badawcze, czy też były one podyktowane szerzej rozumianą tożsamością „Niemca wschodniego”. Sama jego obecność jest jednak pewnym symbolem nie tyle czasów, co wyborów, przed którymi miejscowi Niemcy stanęli w 1914 roku, a następnie jeszcze wielokrotnie w latach następnych. Raz obudzony konflikt pomiędzy sąsiadami jest bowiem niczym podziemny pożar pokładów węgla, tli się przez kilkanaście dekad, by raz na jakiś czas wybuchać niespodziewanie.

Wydarzenia te, choć przywoływane dziś mogą budzić u czytelników pewne rozbawienie, były traktowane wówczas śmiertelnie poważnie, a bitwa nad rzeką Białą miała siłę huraganu, który w jednej chwili zniszczył wielowiekowy układ sił pomiędzy bielsko-bialskimi Niemcami a Polakami. Dotychczasowe współistnienie, choć niesprawiedliwe i oparte na dominacji jednych nad drugimi, zastąpiła ostra polaryzacja i obustronna chęć przeważenia szali na swoją korzyść. Kto wie, czy gdyby nie wybuch I wojny światowej, czy nie doszłoby do kolejnych podobnych incydentów. Czteroletni okres krwawej wojny był jednak czymś w rodzaju wymuszonego rozejmu.

Konflikt pomiędzy zamieszkującymi te tereny Niemcami i Polakami wybuchł ze zdwojoną siłą wraz z końce